top of page

Z wizytą w nowym sezonie w MNC

  • Zdjęcie autora: Boss
    Boss
  • 15 kwi
  • 4 minut(y) czytania

Niecały miesiąc po budapesztańskiej premierze, w sobotę, 11 kwietnia, w przeddzień jak już teraz wiemy, historycznych na Węgrzech wyborów, odwiedziliśmy Magyar Nemzeti Cirkusz stacjonujący w Nyiregyhazie, aby zobaczyć nowy program sezonu 2026, którego głównymi gwiazdami są włoscy klauni Steve i Jones, wracający na europejskie areny po amerykańskim tournee z Circus Vargas.

Trzeba przyznać, że zeszłotygodniowe występy cyrku Richterów w ponad 100-tysięcznym mieście położonym na północnym - wschodzie Węgier cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Bilety na czwartek były wyprzedane, w piątek także był full, w sobotę na obu programach pod namiotem zjawił się komplet widzów. Chętnych w weekend było tylu, że zakorkowała się ulica prowadząca bezpośrednio do cyrku, a pod szapitem o średnicy 45 metrów obsługa dostawiała krzesełka na sektorach. Całość natomiast zakończyła się owacjami na stojąco.


Tegoroczne widowisko cyrku narodowego to kawał prawdziwego cyrku. 2,5-godzinny program łączy tradycję, współczesność i erę złotych lat 80. oraz 90., głównie za sprawą oprawy muzycznej. LEDowy ekran zamiast kurtyny, choć "kontrowersyjny" w temacie cyrku, robi robotę - powiększa optycznie przestrzeń, rozświetla arenę, a także wchodzi w interakcję np. z klaunami podczas ich repryz. Do tego orkiestra grająca dobrą muzykę na żywo, w tym roku składająca się łącznie z 8 członków - 5 muzyków na stałe, piosenkarka, Jones grający na saksofonie i Scott Richardson wchodzący w niektórych momentach ze swoją gitarą elektryczną. Dźwięki są czyste, linia melodyczna ciekawa. Artystom towarzyszą nie tylko tradycyjne utwory cyrkowe i folklorystyczne, ale także kawałki znane na całym świecie. Wszystko to, w połączeniu z trocinami, bogatym oświetleniem i profesjonalną infrastrukturą, tworzy prawdziwy klimat cyrku, co odczuwa każdy widz.

Program prezentuje "czysty cyrk" - są prawdziwe numery, mało bajerowania", dużo realnych umiejętności, czyli to na czym cyrk wiele lat temu zbudował swój kapitał i to, co dziś w europejskich cyrkach spotykane jest coraz rzadziej i co coraz częściej ustępuje miejsca tanim jasełkom w postaci rozbudowanych choreografii, przekombinowanej reżyserii i robieniu ogólnego dobrego wrażenia strojami, światłami, rekwizytami, ale nie prawdziwymi umiejętnościami artystów. Tego w cyrku Richterów nie ma, tutaj jest cyrk, który wygląda jak cyrk, brzmi jak cyrk i daje emocje jak cyrk, a nie variete, czy konkurs talentów.


Bez problemu moglibyśmy wskazać cyrk, który "strzela" dużo bardziej kosmicznymi numerami na wyższym poziomie, ale w tym przypadku nie o to chodzi. Widowisko to wysokiej klasy spektakl za sprawą tych wszystkich czynników o których pisaliśmy powyżej. Z jednej strony jest bardzo eleganckie, z drugiej bardzo "swojskie", tak, że widz nie czuje się spięty atmosferą, czyli po prostu - węgierskie. Bez wątpienia widzom w pamięci najbardziej pozostaje ostatni numer - wysoka lina pozioma grupy Los Ortiz, która finiszuje występ przejściem 7-osobowej piramidy. Artyści prezentują także koło śmierci, które zamyka pierwszą część widowiska. Jest to standardowy pokaz na dużym loppingu, który fajnie zaaranżowany stanowi ciekawy obrazek dla odbiorcy.

Młody i dynamiczny Scott Richardson otwiera widowisko żonglerką odbijaną, która jest ciekawa, ma interesującą oprawę, nie jest za długa, a żongler nie stara się udowodnić na siłę, że potrafi żonglować dziesięcioma, piętnastoma, dwudziestoma piłeczkami... To wspólna zabawa artysty i widzów, rozkręcająca imprezę zwaną cyrkiem.


Richter Jozsef tego roku tradycyjnie prezentuje się w pokazach zwierzęcych. Jego nowa tresura koni, podobnie jak poprzednia, ma ogromny potencjał. Konie są jeszcze młode i się uczą, ale niewątpliwie będzie to jeden z ciekawszych pokazów w Europie. Towarzyszy mu przyjemna linia melodyczna, między innymi hit "I'm still standing".

Jozsef przygotował także rzadko spotykany pokaz woltyżerki azjatyckich akrobatów na biegnących wielbłądach. Pozy gimnastyczne nie są zbytnio skomplikowane, a numer trwa kilka minut, ale w dzisiejszych czasach jest oryginalny no i spójny - wielbłądy - symbol Azji, akrobaci - z Mongolii, muzyka - również z tych rejonów.


No i wreszcie popisowy numer cyrku węgierskiego - woltyżerka połączona z dżygitem. Jak zwykle jest szał, powiewająca węgierska flaga i skoczna muzyka, a publiczność po raz kolejny ożywia się właśnie przy tym numerze.

Na arenę powracają Romy i Alex Jostmann w pokazie pudli, które gdy tylko wybiegają na arenę, wywołują salwy okrzyków. Numer lekki, przyjemny i dynamiczny, czyli posiadający wszystkie pożądane cechy.


Czeszka Andrea Navratilova prezentuje podniebne akrobacje w sieciach. Zapachniało klasyką cyrku czeskiego, ale i polskiego. Podczas tego występu orkiestra przygrywa do gotowego podkładu muzycznego, a Andrea umiejętnie buduje napięcie wśród widzów.

Ludmila Valla Bertini prezentuje antypody do utworu "Holding out for a hero". Otwiera tym numerem drugą część widowiska. Czysto wykonany numer, do tego z należytym kobiecym wdziękiem. Kulminacyjnym punktem pokazu jest oczywiście żonglerka ogniem.


Klauni Steve i Jones rozkręcają publiczność i podnoszą poziom emocji do maksimum. W swoich wyjściach, jak zawsze, wykorzystują aktualne trendy w popkulturze, ale przemycają też spore dawki swojego własnego talentu - grę na trąbce, saksofonie, czy także pełnoformatowy pokaz diabolo. To klauni nowocześni i współcześni, przemawiający przede wszystkim do najmłodszych widzów na widowni. Węgrzy kochają ten duet, a zatrudnienie tych artystów w programie gwarantuje, że widowisko będzie ciepło odebrane przez publiczność.


Całość spektaklu utrzymana jest w formacie lotu samolotem i podróży po lotniskach, dlatego też pojawiają się lotnicze wstawki no i 6-osobowy kobiecy balet przebrany za stewardessy. Program prowadzi niezmiennie Rez Tamas, który przeradza się w kapitana tego rejsu.


Warto podkreślić, że cały ten pakiet w niemal festiwalowym wydaniu otrzymujemy przy cenie 110 złotych za NAJDROŻSZY bilet, w przypadku miejsc nie przy samej arenie, może być tylko taniej. Z pewnością inwestycja warta zrealizowania, gdyż Magyar Nemzeti Cirkusz po raz kolejny serwuje prawdziwy cyrk bez kompromisów i bez sztuczności.

 
 
 

Komentarze


KMC_-_logo_zdjęcia.png
logo 8.png
logo 1.png
logo 2.png
logo 5.png
logo 3.png
logo 6.png
logo 7.png

ALL RIGHTS RESERVED
KMC - KLUB MIŁOŚNIKÓW CYRKU 2008 - 2026

bottom of page