top of page
  • Zdjęcie autoraBoss

Poziom publiczności w Polsce spada. Czy tak musi być?


Przykro to stwierdzić, ale poziom polskiej publiczności w cyrkach obniża się od paru lat. Ludzie stają się mniej wymagający pod względem poziomu sztuki, a to niestety pociąga za sobą tworzenie mniej ambitnych spektakli.


Obserwację tą potwierdza wiele osób z polskiego świata cyrku - i artyści, i reklamowi, i nawet sami dyrektorzy. Oczywiście nie wszyscy i nie wszędzie, ale ten "dołujący" trend niestety bywa zauważalny. Dlaczego tak się dzieje? Czy tak musi być? Czy wkrótce publiczność w cyrku będzie zadowalać uliczny poziom kuglarzy?


Winę za taki stan rzeczy ponoszą między innymi programy pokroju "Mam talent", które wykreowały kanon określonego, bardzo przeciętnego poziomu sztuki widowiskowej. Większość uczestników w tego typu programach prezentuje po prostu uliczny poziom wykonania, a gdy pojawia się ktoś dobry, to jest albo z cyrku, albo działa profesjonalnie w swoim zawodzie. I teraz dla "zwykłych" ludzi poziom odniesienia tego, czy coś jest dobre, czy nie, stanowią właśnie telewizyjne programy takie jak "Mam talent" w których poziom jest taki jak opisany powyżej.


Dziś publiczność w cyrku pieje z zachwytu na widok kilku sztuczek z otwartym ogniem, czy jakiegoś numeru napowietrznego, który choć technicznie jest przeciętny, to robi na ludziach wrażenie ze względu na wolną, nastrojową muzykę i odrobinę choreografii na arenie. Widownia jest usatysfakcjonowana, gdy w programie zobaczy przebierańców znanych z bajek, albo po prostu artystę, który ma najzwyczajniej w świecie słaby numer, ale ma ładny, fajny kostium, styl, co nadaje się do uwiecznienia na fotce i wrzucenia do Internetu.


Kiedyś, jeszcze za czasów cyrków państwowych, to, że artysta wyszedł na arenę, wykonał jakąś choreografię, założył ładny kostium, uśmiechnął się, nie było żadną łaską, a jedynie elementami uprawniającymi wykonawcę do wyjścia przed publiczność. Liczył się kunszt, technika wykonania, trudność tricków. Numery grupowe nie były żadnym luksusem i to, że numery był wykonywany w grupie, wcale nie wystarczyło, aby zakwalifikować je jako coś wielkiego. Dopiero po tym, co artyści pokazali można było ocenić, czy ten numer był dobry. I to była oczywista oczywistość dla polskiej publiki.


Spójrzmy na czasy mniej odległe - zaledwie 5 czy 10 lat do tyłu. To wtedy na publiczności nie robiło kompletnie żadnego wrażenia, dziś jest wielkim "wow", a tricki wówczas oklaskiwane, dziś są już jakimś totalnym kosmosem.


Publiczność polska pod względem "artystycznego poziomu intelektualnego" powędrowała mocno w dół. I niestety, ale na takie "zapotrzebowanie" odpowiada wiele cyrków, no bo jak tu pokazać naprawdę wielką sztukę, kiedy ten człowiek, który kupił bilet po prostu nie będzie wiedział o co chodzi, a na koniec jeszcze powie, że lepszy niż akrobacje na odskoczniach był Psi Patrol w innym cyrku miesiąc temu.


Tak się dzieje w sztuce w Polsce. Nie jest to problem wydumany i wymyślony, i nie dotyczy on tylko cyrku, ale także innych dziedzin działalności artystycznej. Aktor Stefan Friedmann w ostatnim wywiadzie dla Onetu mówi:

"Boli mnie to, że doprowadzono do obniżenia aspiracji artystycznych i intelektualnych publiczności. Oczekiwania odbiorcy obniżone zostały do poziomu konsumenta kotleta mielonego w lichej knajpie. To się podoba, jest akceptowane, bo nie zmusza do pracy myślowej. Społeczeństwo kupuje tę miernotę."

Wtóruje mu Cezary Żak w innym wywiadzie:

"[...]w latach 90. zaczął się kompletny zjazd jeśli chodzi o gust publiczności. Winna jest temu telewizja i sposób jej prowadzenia, na przykład wpuszczanie disco polo do mainstreamu. [...] Polacy nie mają poczucia humoru na wysokim poziomie i w dobrym guście."

To zjawisko da się oczywiście zahamować, ale jest tylko jeden sposób na to - świadomie utrzymywanie wysokiego poziomu artystycznego programu przez dyrekcje cyrków, bo niestety, ale jeżeli będzie się "wychodziło naprzeciw" widowni, to z roku na rok programy cyrkowe będą miały coraz bardziej chodnikowy poziom. Zapewne wielu by powiedziało: "Ale tego oczekują widzowie". Otóż widzowie w Polsce sami nie wiedzą czego chcą i czego oczekują. Jeżeli zaproponuje im się dobrze wykonany numer, na dobrym poziomie artystycznym, to oni to "kupią". Tak jak przyjęli ciepło deskę Cretu Brothers w 2017, czy kopftrapez Elizabeth Axt. Gdyby nie Cyrk Zalewski to Polacy w ogóle nie wiedzieliby, że istnieje coś takiego jak kula śmierci i też byliby zadowoleni z programów bez kuli, żyliby w przeświadczeniu, że nic bardziej ryzykownego nie można zaprezentować. Wydawać by się mogło, że trapez kołowy Olesii Shulgi w Circo Medrano w sezonie 2015 to za wysoki poziom dla Polaków, nie przemówi do nich, a stało się zupełnie inaczej - Polacy byli oczarowani, że wreszcie zobaczyli coś tak oryginalnego. Podobnie było z brzuchomówcą, numerem bardzo popularnym i lubianym na Zachodzie, czy szarfami w duecie Żanety i Maćka. Wystarczy tylko zaproponować Polakom sztukę w dobrym, godnym wydaniu, a oni zobaczą, przetrawią to i przyjmą z uznaniem, nie wszędzie, ale w wielu miejscach.


Czy publiczność "poszła w dół" wszędzie? Nie. Są miejsca w których widownia wciąż reprezentuje sobą wysoki poziom intelektualny. Takim miastem jest na pewno Kraków, miasto kultury, gdzie zawsze publiczność była świadoma, kulturalna i na wysokim poziomie. Czy Warszawa też? Ciężko powiedzieć. Tam jest "szwarc, mydło i powidło". Wydaje się, że warszawiacy ucieszą się zarówno z potrójnego salta jak i kolorowych tańczących fontann. Zresztą mieszkańcy Warszawy są dość wąskotorowi, bo od lat mają do wyboru tylko "Koronę" i "Zalewskiego" z niewielkimi przebłyskami, więc tak naprawdę nie mają szerszego rozeznania w polskiej ofercie cyrkowej. Poziom publiki od dekad nie zmienia się w Niemczech. Tam zawsze musi być top level, bez sztucznych wydmuszek. Zresztą wszyscy wiemy, że niemiecki rynek cyrkowy jest z jednej strony bardzo tradycjonalistyczny, a z drugiej powinien być wzorem dla wszystkich innych krajów.

183 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
KMC_-_logo_zdjęcia.png
bottom of page